Ja kontra Bank
5 lat mojej sprawy frankowej
Ten dzień będę pamiętał do końca życia. Sala rozpraw nr 215 w Sądzie Okręgowym w Warszawie jest wielkości małego bistro. Nie ma nic wspólnego z wielkimi salami sądowymi z amerykańskich filmów. One bardziej przypominają teatr - ze sceną, aktorami i widownią.
Tu jest dużo bardziej kameralnie, żeby nie powiedzieć - intymnie. Sędzia, protokolantka, pełnomocniczka pozwanego banku i ja. Sędzia odczytuje wyrok.Pięć lat stresu, niepewności, zniechęcenia a na końcu tej drogi - finał sprawy.
Wyszedłem z sądu. Niedaleko, na rogu alei Jana Pawła II i alei Solidarności jest cukiernia. Kupiłem drożdżówkę z malinami.
Na co dzień unikam cukru.
Ale dziś było co świętować.
Czy było warto sądzić się z bankiem o kredyt frankowy?
W naszym przypadku - zdecydowanie tak. Mieliśmy sporo wątpliwości z żoną, czy iść do sądu. Przecież byliśmy tylko zwykłymi klientami. A bank to potężna organizacja z prawnikami, analitykami, asystentami i gigantycznym budżetem.
I my mamy stanąć przeciw nim?
Wikłać się w długotrwały proces?
Bez gwarancji wygranej?
Tego typu wątpliwości powstrzymywały nas przed decyzją.
Ostatecznie ośmielił nas wyrok TSUE w sprawie Państwa Dziubak z jesieni 2019 r. Uznaliśmy, że nasze szanse na sukces wzrosły, warto podjąć wysiłek i ryzyko.
Jak wybieraliśmy kancelarię?
Z perspektywy czasu, uważam, że wybór kancelarii jest kluczowym elementem. Przecież prawnicy, których mieliśmy wybrać, ich kompetencje, determinacja, sprawczość i skuteczność mieli przesądzić o tym, czy bank zwróci nam nasze pieniądze.
Wybór kancelarii to wybór kogoś, komu na najbliższe lata powierza się los swój i swoich bliskich. I w tym stwierdzeniu nie ma krzty przesady. Warto poświęcić na to czas i nie spieszyć się z wyborem. Nam ta strategia procentowała przez cały okres sporu z bankiem.
Szukając kancelarii korzystałem z dwóch serwisów poświęconych frankowiczom: Stop bankowemu bezprawiu i Franknews. W trakcie wyboru starałem się bezpośrednio kontaktować z kancelariami i “wyczuć”, jak podchodzą do klienta. Czy będziemy dla nich tylko jedną z wielu spraw, czy jest szansa na indywidualne podejście? No i oczywiście pytałem o koszty prowadzenia sporu z bankiem. I wierzcie mi - tutaj rozstrzał był naprawdę ogromny. Ale to tym niżej.
Po wyborze kancelarii i uzgodnieniu wynagrodzenia podpisywaliśmy umowę na obsługę prawną. Tu też warto się nie spieszyć, dokładnie przeczytać (najlepiej we dwoje) dokument. Potem spisać pytania i wątpliwości i wyjaśnić je z kancelarią.
Ile kosztuje proces z bankiem?
Największy - i w zasadzie jedyny - koszt finansowy to wynagrodzenie dla kancelarii. Szukając reprezentującego Cię prawnika polecam o dokładne dopytanie o kwestie wynagrodzenia. Nie warto pozostawiać otwartych kwestii. Trzeba dopytać o wszystko. Ja w czasie researchu korespondowałem z kilkunastoma kancelariami. Niektóre z nich chciały wynagrodzenia prowizyjnego, które “pożerało” prawie połowę potencjalnie wygranej kwoty! Niektóre proponowały dość atrakcyjne wynagrodzenie, ale koszty sporządzania pism procesowych były horrendalne. Więc jeszcze raz - dopytuj o wszystko. Jeśli wciąż masz cień wątpliwości… szukaj innej kancelarii.
Warto też negocjować cenę obsługi prawnej i ewentualne rozłożenie wynagrodzenia na raty.
Ile w sumie to kosztuje?
Nasze rozliczenia z prawnikami były mieszane. Pierwsza instancja - ryczałt + koszty pism procesowych i reprezentacji.
Podpisanie porozumienia kompensacyjnego - wg umowy z kancelarią 10% kwoty objętej ugodą. Ostatecznie, po negocjacjach zeszliśmy poniżej 10%.
Łącznie koszt obsługi prawnej w ciągu 5 lat to 37 000 zł brutto.
Do kosztów finansowych dochodzą te, których nie sposób wycenić: nerwy i stres. Warto o tym pamiętać i starać się zachowywać chłodną głowę.
No i najcenniejszy koszt. Płacony w walucie, której nie można już odzyskać – czas. Spór z bankiem trwa. Zwłaszcza w Warszawie. Więc na rozstrzygnięcie trzeba poczekać kilka lat.
Podpisać ugodę przed pierwszą rozprawą?
Myśmy nie podpisali. Wyznajemy zasadę, że jeśli bank coś nam proponuje, to to jest korzystne dla banku, nie dla nas.
Pierwsze warunki ugody były kuriozalne. Bank proponował nam przewalutowanie kredytu po kursie franka z 2006 roku i łaskawie pozwalał nam dalej spłacać nasze zobowiązania.
Im było bliżej rozprawy, tym bardziej bank zmniejszał swoje wymagania.
Ostateczna propozycja ugody to uznanie kredytu za nieważny, zniesienie wzajemnych roszczeń i zwrot nadpłaconej kwoty. De facto rozprawa była o odsetki, które ma nam zapłacić bank. A nie były one małe, bo to ponad 100 000 zł.
Warto przekazywać projekty ugód do prawników. W naszym przypadku bank ich omijał i ugodowe propozycje kierował wprost do nas.
Po uprawomocnieniu się wyroku podpisaliśmy z bankiem porozumienie kompensacyjne, czyli de facto - ugodę. Bo bank nam też założył sprawę o zapłatę. Mogliśmy nie podpisywać porozumienia i brnąć dalej w spór sądowy. Do wygrania było dodatkowo ok. 50 000 zł.
Ale nie chcieliśmy tracić kolejnych 5 lat na chodzenie po sądach.
Uznaliśmy, że święty spokój jest bezcenny.
Co zyskaliśmy?
Uwolniliśmy się od kredytu.
Bank zwrócił weksel. Mieszkanie jest nasze.
Dokumenty o wykreśleniu z hipoteki zostały złożone w sądzie. W Warszawie to niestety trochę potrwa.
Bank na nasze konto przelał nadpłatę kredytu i odsetki. Łącznie - ponad 200 000 zł.
Stałem na światłach na rogu alei Solidarności i alei Jana Pawła II. Przełknąłem ostatni kęs drożdżówki.
Właśnie uciekł mi tramwaj. Niespecjalnie się tym przejąłem.
Wybrałem numer do żony.
“Cześć Kochanie. Wygraliśmy.”
Jeśli ten tekst Cię zainteresował — zapisz się na newsletter.
W każdy piątek o 20:00 dostaniesz kolejny, taki sam szczery tekst prosto na skrzynkę.

